Z DOLINY MUSSY I MEJSZAGOŁY

Płynąca przez rejony wileński i szerwiński rzeka Mussa bierze początek z jeziora Mussa, położonego niedaleko Glinciszek koło Podbrzezia. Teren podmokły, porosły tatarakiem i różnym sitowiem (jak pisze Konwicki w książce „ROJSTY”), a doliną podąża rzeka na zachód w stronę „naszych strumieni rodziny” do Wilii. Rzeka z czystą wodą, rybna i z rakami, co przyciągało wędkarzy. Mussa płynąc, mija wiele ciekawych pod względem historycznym miejscowości, tj.: Gierwiaty, Końcestaw, zaścianek Monastyrka, Majątek Mussa, Izabelin, Jawniuny, Bortkuszki oraz miasteczka Muśniki i Czelabińsk. Koło Kiernowa wpada do Wilii.

       Mussa płynie przez serce dawnej historycznej Litwy – włość Kiernowską, która jest związana z powstaniem państwa. Pierwszą nieformalną stolicą młodego Księstwa Litewskiego w XII – XIV wieku był Kiernów otoczony obronnymi grodziskami, miasto ludzi pracujących w rzemiośle i handlu. Kiernów uznawano za centrum kultu. Mówi się, że Kiernowo było centrum dawnego kultu pogańskiego. Z czasem zmalało znaczenie tego miasta. W połowie XIV wieku przeniesiono stolicę do Trok, a następnie do Wilna.

               MEJSZAGOŁA                                                       

       Licząca ponad 500 lat Mejszagoła jest jedną z najstarszych miejscowości na ziemi wileńskiej. Na kartach historii pojawiła się razem z Niemenczynem, Trokami, Miednikiem i Ejszyszkami. Dawniej była liczącym się ośrodkiem administracyjnym i kulturalnym. Podobno za czasów pogańskich znajdował się w niej drewniany zamek i dwór wielkich książąt litewskich. W 1365 r. Mejszagoła została zniszczona przez Krzyżaków. Wiosną 1390 r. podczas kolejnego najazdu Krzyżacy pod dowództwem Konrada Wallenroda całkowicie spalili należący niegdyś do księcia Olgierda zamek.

       Na skrawku płaskowyża o nazwie Godulin k/Mejszagoły znajdowało się miejsce kultu, święty gaj Litwinów o nazwie Kokiwejtos. Według Jana Długosza w tym podmejszagolskim świętym gaju w 1377 roku, zgodnie z ówczesną tradycją, uroczyście spalono zwłoki wielkiego księcia Olgierda. Jan Długosz pisze: „Wielki książę Olgierd zmarły w ciemnocie pogańskiej, spłonął na stosie w gaju zwanym Kokiwejtos, niedaleko zamku i wsi Mejszagoła, wraz z koniem najlepszym – rumakiem”. Miejscowość (zaścianek i folwark) o nazwie Kokiwejtos istniała do końca XVIII wieku. Później na tym miejscu powstała wieś Godulin. W XIV wieku Mejszagoła była sporym miasteczkiem. Było w niej 39 karczm i duży rynek.

       O dawnym znaczeniu tej miejscowości wymownie świadczy to, że po chrzcie Litwy w 1387 r. i król Władysław Jagiełło ufundował tam jeden z pierwszych siedmiu Kościołów katolickich. W tym rejonie duże posiadłości mają Radziwiłowie. Jeden z nich Marcin Wołczkowicz Radziwiłł ufundował kaplicę NMP i ponosił koszty jej utrzymania- przekazał plac w Miejszagole i dwór z 24 osobami służby.

       Dwa lata później królowa Bona zarządzająca Mejszagołą, na utrzymanie kapłana przy owej Kaplicy, dodała jeszcze plac pod budowę w samym miasteczku Mejszagoła.

       W roku 1579 biskup wileński Walerian Protasiewicz sprowadził do Mejszagoły zakon o.o. Jezuitów, nadając im dwie altarie – radziwiłłowską i bohdanowiczowską. Dochody z nich czerpane wspomagały m.in. utrzymanie Akademii Wileńskiej. Za rządów Jezuitów spotkały kościół i parafian nieszczęścia. W 1655 roku moskale (wojsko) spaliło kościół. Na pogorzelisku powstał dom boży (prowizoryczny) drewniany. Następnym nieszczęściem była wojna Północna w XVIII wieku i późniejsza epidemia dżumy. Przypuszcza się, że zmarła około połowa ludności z okolic Mejszagoły. Natomiast sąsiednie Podbrzezie w latach 1709 – 1713 było zupełnie bezludne.

       Jezuici rezydowali w Mejszagole około 200 lat, czyli do chwili kasaty zakonu – do 1773 roku. Dziewiętnaście lat później miasteczku nadano prawa magdeburskie i przyznano herb – wizerunek św. Antoniego z Dzieciątkiem na ręku. W Mejszegole była szkoła początkowa. Przez pewien czasz miejscowość należała do biskupa Massalskiego, a od 1802 r. rządził nią ziemianin J. Houwalt. Ten władca chciał z Mejszagolan uczynić chłopów pańszczyźnianych, ale stawili opór.

        W czerwcu 1831 r. w pobliżu Mejszagoły 4 – tysięczny oddział pod dowództwem Henryka Dębińskiego, idąc na pomoc oddziałom powstańczym Giełguda, stoczył bitwę z carskim wojskiem. Niestety, interwencja zakończyła się niepowodzeniem. H. Dębiński musiał powrócić do Warszawy.

       W XVIII wieku zbudowano tu kościół murowany za 10 tys. rubli. W XX wieku pokryto go blachą. Wówczas parafia liczyła 5400 wiernych. W 1912 roku, jak podaje ks. Kakareka, w parafii 200 osób znało język litewski. Kościół uległ zniszczeniu podczas I wojny. Mejszagoła leży w takim punkcie, że podczas każdej wojny ktoś stąd na Wilno nacierał i ktoś Wilna bronił.

       W 1929 roku ks. Grabowski założył Komitet Remontu i Modernizacji Kościoła Mejszagolskiego pod wezwaniem Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny, którego prezesem został Jerzy Houwalt. Rozpoczął się remont. Inż. Wincenty Januszewski ufundował organy 5 głosowe. Wybudowano betonowe pomieszczenie na chór, wyremontowano plebanię, uporządkowano cmentarz. Darczyńcami byli: majątek Huowelta wynoszący 1193 ha, Bortkuszki Platerowie 1414 ha, Joda – Januszewski – 254 ha, Izabelin Koleśnikow – 115 ha.

       W owych czasach właściwie wykorzystywano energię wodną. W Izabelinie spiętrzona woda rzeki w staw dawała napęd na turbinę młyna i tartaku. Podobnie było ze spiętrzonymi wodami rzeczki Joda, odnogi Mussy. Do młyna na Jodzie woziłem z ojcem zboże. W Bortkuszkach spiętrzoną wodę wykorzystywano do napędu młyna, tartaku i papierni. Przy drogach i blisko rzeki zakładane były zajazdy – karczmy, na przykład w Borkuszkach było ich 7.

       W 1833 roku przy trakcie Mejszagoła – Wiłkomierz, we wsi Jawniuny wybudowano dużą stację pocztową, stanowiącą jeden z punktów etapowych dla dyliżansów. Tym środkiem komunikacji przewożono pocztę, różne dokumenty, a także podróżnych. Takie stacje były rozmieszczone co 30 – 40 km. Służba pocztowa mogła wymieniać konie a podróżujący przekąsić i wypocząć. Stajnia przy Jawniuńskiej stacji na okrągło miała 15 koni (wypoczętych) zdolna pomieścić tyle samo zmęczonych z dyliżansów i wierzchowców.

       Ze względu na zła organizację, decyzją rządu w 1850 roku stację przeniesiono do miejscowości Osady i majątku Mussa w miejsce dawnej karczmy koło naszego zaścianka.

       Majątek Mussa należał do Uniwersytetu Wileńskiego. Zarządzał nim Heronim Dowgiełowicz – Narkuta. W okresie międzywojennym rządzili tam Balsewiczowie. Majątek zaczął podupadać i został rozparcelowany dla legionistów J. Piłsudskiego. Otrzymali z niego gospodarstwa: Lubecki, Trachim, Wiśniewski i wielu innych a Józefowi Balsewiczowi oprócz ziemi przypadł dom i baza budynkowa. Był naszym sąsiadem. Jego brat pułkownik Balsewicz także otrzymał 50 ha ziemi.

        Józef Balcewicz był wspaniałym sąsiadem o wysokiej kulturze. Prowadził szlachecki tryb życia, choć nie zawsze pozwalały na to fundusze. Grał dobrze w proferansa z moim ojcem i sąsiadem Trachimem. Miał dwóch synów i ładną córkę. Często bywałem u nich a najmłodszy syn Tadeusz u nas. Też wyjechali do Polski Ludowej.

  ZGODNIE WSPÓŁŻYLI LUDZIE RÓŻNYCH KULTUR

        Czesław Miłosz powiedział po otrzymaniu nagrody Nobla w 1980 r. te słowa:- „Dobrze jest urodzić się w małym kraju gdzie przyroda jest ludzka, na miarę człowieka, gdzie wciągu wieków współżyły ze sobą różne języki i różne religie. Mam na myśli Litwę „Ziemię mitów i poezji”.

         Moim miejscem urodzenia jest Monastyrka. Nazwa pochodzi prawdopodobnie od Klasztoru (Monastyr z rosyjska). Był to zaścianek nazywany potocznie „kumpie”- z litewska to szynka. Rzeka w tym miejscu kształtem przypominała szynkę. W sąsiedztwie mieszkali między innymi Kajetan Usel, Brasiuny, Klewińscy i my Gładkowscy.

       Nie znam dokładnie pochodzenia swojego rodu, skąd tam się znaleźli. Z tym, że był folwark i zaścianek o nazwie Gładkiszki na terenie gminy Mejszagoła. Literatura na ten temat jest znikoma. Istnieją jedynie księgi parafialne, do których nie udało mi się zajrzeć w parafii mejszagolskiej. Moje wiadomości pochodzą z opowiadań matki i ojca. Wynika z nich, że mój ród wywodzi się z Wilna. Kilkoro Gładkowskich mieszkiwało i mieszka w tym mieście. Jeden nawet był senatorem w okresie międzywojennym. Inny Gładkowski mieszkał w Gdańsku. Był generałem lotnictwa w latach 1950. Dwie rodziny rolników mieszkały za rzeką Mussą w Końcestawi 2 km od nas tj. Józef i Zygfryd Gładkowscy. Żona jednego z nich jest moją chrzestną. Kilka rodzin o moim nazwisku mieszkało we wsi Antonajcie k/Izabelina. Z jednej z nich wywodzi się Halina Gładkowska – redaktor „Kuriera Wileńskiego”, zamieszkująca w Wilnie żona profesora litewskiego o nazwisku Widenienie. Jest moją bliską krewną. Moje nazwisko występowało także w Warszawie. Jak podaje Encyklopedia Końctancja Gładkowska żyjąca w latach 1810 – 1889, śpiewająca sopranem, występowała w operze warszawskiej. Była młodzieńczą miłością Fryderyka Chopina.

       Matka moja była wielką wielbicielką kompozytora i postanowiła swojemu synowi nadać imię Fryderyk. Takie życzenie przekazała matce chrzestnej Helenie przed wyjazdem do Kościoła. Ale już wtedy miałem pecha. W czasie chrztu Helena zapomniała, jakie miała nadać mi imię. Przyszło jej na myśl imię narzeczonego Zygfryda i tak mnie ochrzczono. Później po latach Helena opowiadała, iż w czasie chrztu zapatrzyła się na chrzestnego, brata mojej matki Piotra Gulbinowicza, który był bardzo przystojnym ułanem i pięknie śpiewał, dlatego zapomniała o wybranym przez moją matkę imieniu. Dla matki, rodziny i znajomych byłem Fryderykiem i tak zostałem. Gdy po latach matka w dokumentach zobaczyła, że ma syna Zygfryda była bardzo zdziwiona i oburzona. Mimo tego imię Fryderyk zachowało się w naszej rodzinie. Spełniając życzenie mojej Matki a dla syna Babci, nadałem je synowi jako drugie imię (Przemysław – Fryderyk). Niestety, syn nie odziedziczył po mnie zamiłowania do muzyki i śpiewu. Natomiast ma duże zdolności do nauki języków obcych. Biegle włada czterema językami: hiszpańskim, angielskim, niemieckim i włoskim. Po ukończeniu studiów na naszym UWM wyjechał na Fuertewenturę, jedną z wysp Kanaryjskich należących do Hiszpanii, gdzie mieszka i pracuje o 5 lat.

       W rodzinnej Monastyrce ojciec miał 15 ha ziemi, budynki, maszyny rolnicze i sprzęt oraz konie, krowy i trzodę chlewną. Naturalnie, pomagałem w tej wiecznie nietrwającej pracy. Mając 12 lat końmi orałem ziemię, a kosą kosiłem trawy i zboża. Umiałem wyklepać kosę. Nie lubiłem pasania i dojenia krów. Natomiast uwielbiałem konną jazdę na oklep. Niestety, nie mieliśmy siodła. Ojciec należał do AK, więc często odwiedzali nas partyzanci z tej organizacji.

W wolnych chwilach biegałem nad rzekę Mussę, żeby powędkować. Ojciec dorabiał łowiąc raki zastawiając na noc Bucze z przynętą. Rano wybierał i sprzedawał handlarzowi po 30 gr. za sztukę. Często za złowionych w jedną noc 20 raków otrzymywał 6 złotych. Celem lepszego zilustrowania podam, że kosiarz za koszenie łąki przez 12 godzin otrzymywał zapłatę w wysokości 2 zł i obiad. Przed wojną tanie były płody rolne, a drogie maszyny i sprzęt rolniczy oraz inne środki do produkcji rolnej, np. nawozy sztuczne. Życie rolników było ciężkie.

       Cztery kilometry od naszej osady znajdowała się polska szkoła podstawowa w Borskunach. Tam ukończyłem 2 klasy. Pierwszą w 1939 roku w języku polskim, a drugą w języku litewskim. Teraz żałuję, że nie uczyłem się po litewsku. Spowodowała to młodość i nienawiść do języka litewskiego a do tego sąsiedzi, którzy mówili, po co uczyć się tego indyczego, mało przydatnego języka.

       Do odległego o 10 km kościoła parafialnego w Mejszegole chodziłem z Babcią. Latem całą drogę pokonywałem boso, a buty nakładałem przed kościołem. Babcia długo się modliła – do 3 godzin, Dla mnie było to stanowczo za długo.

PRZYJAZD DO POLSKI

       Z dawnej Polski do obecnej Rodzice postanowili wyjechać w sierpniu 1946 roku. Załadowano nas do wagonów towarowych w Ponarach k/Wilna. Można było zabrać jedną krowę, konia i świnkę lub owcę. Resztę inwentarza można było sprzedać a bazę budynkową, maszyny rolnicze i sprzęt należało pozostawić kołchozowi za darmo. Pozostawiliśmy między innymi: kierat, młocarnię, wialnię i sieczkarnię. Przez tydzień jechaliśmy do Giżycka (Łuczan) przez Kaliningrad -Skandawę – Korsze – Kętrzyn. Po opuszczeniu wagonów zamieszkaliśmy u wcześniej przybyłych w te strony Państwa Korowajczyków na kolonii Soldany przy szosie do Kruglanek. Po miesiącu ojciec znalazł wolne 15-hektarowe gospodarstwo z bazą budynkową i niezbędnym sprzętem rolniczym na koloni wsi Stawki w gminie Węgielsztyn w węgorzewskim powiecie. Położone było w odległości 1 km od wsi, przy drodze asfaltowej Srokowo – Węgorzewo, w pobliżu lasu, jeziora i stacji kolejowej. Do Węgorzewa było 9 km.

PRACA ZAWODOWA

       Jako młodociany zatrudniłem się w majątku Wilinzberg Zespół Dąbrówka koło Węgielsztyna. Najpierw byłem woźnicą, a później magazynierem. Zimą pracowałem także przy zrywce drzew w lesie. Zarobiłem sporo pieniędzy, których znaczą część przekazałem Rodzicom. Równolegle uczęszczałem do szkoły wieczorowej w Węgielsztynie. Po ukończeniu 6 klas wezwano mnie do pracy w „ Służbie Polsce”. Pracowałem w Warszawie przy budowie ul. Kruczej, trasy WZ i linii kolejowej w kierunku Krakowa, Stacjonowaliśmy na Okęciu. Do pracy chodziliśmy z pieśnią na ustach: „ Znów się pieśń z piersi rwie tu idzie „SP”.
Po powrocie przez pewien czas pracowałem w gminie Węgielsztyn jako komendant gminne „SP” i uczyłem się w Technikum Rolniczym w Karolewie, a następnie odbyłem 3-letnią służbę wojskową, którą ukończyłem w stopniu oficerskim, „Bo nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”.

       Po wojsku podjąłem pracę w Zarządzie Powiatowym ZMP w Węgorzewie jako instruktor a następnie przewodniczący, później pracowałem w aparacie politycznym. Równolegle zacząłem kontynuować, przerwaną na okres służby wojskowej, naukę w Technikum Rolniczym w Karolewie.

W 1959 r. zdałem maturę i rok później dostałem się na studia na Wydziale Rolniczym WSR w Olsztynie, które ukończyłem w 1966 r. w stopniu inżyniera.

       Po ukończeniu studiów zostałem kierownikiem Inspektoratu PGR w Braniewie, który nadzorował działalność 42 przedsiębiorstw gospodarujących na obszarze 72 000 ha. Na tym stanowisku pracowałem 7 lat. W tym czasie napisałem i obroniłem pracę magisterską. Następnie zostałem awansowany na pierwszego zastępcę naczelnego dyrektora Zjednoczenia Rolniczo-Przemysłowego w Kętrzynie, zwanego „AGROKOMPLEKS-em”. Pracowałem tam 5 lat. Przez kolejnych 6 lat byłem dyrektorem Kombinatu Rolnego „Mazury” w Szczytnie, a przez następnych 7 lat pełniłem funkcję naczelnika gminy w Stawigudzie. W tym czasie przygotowałem i obroniłem pracę doktorską. Od 1994 r. pracowałem w Agencji Nieruchomości Rolnych w Olsztynie – początkowo jako tymczasowy zarządca w Ciechanowie, a następnie administrator Gospodarstwa Skarbu Państwa w Klewkach. Po 13 latach pracy w ANR pod kierownictwem dyrektora Zygmunta Komara przeszedłem na „stypendium ZUS”, czyli emeryturę.

TOWARZYSTWO MIŁOŚNIKÓW WILNA I ZIEMI WILEŃSKIEJ

       Działalność w olsztyńskim oddziale tego Towarzystwie podjąłem, jako jego współzałożyciel, w 1989 roku. Współzałożycielami byli także: Henryk Dawnis, Jerzy Dudo Jerzy, Zbigniew Jabłonowski, Tadeusz Krzymowski, Tadeusz Stefański, Mieczysław Jackiewicz i Zenon Zdanowski. W odbywającym się w Kortowie zebraniu założycielskim uczestniczyło ponad 300 osób. Pierwszym prezesem został profesor Zbigniew Jabłonowski.

       W krótkim czasie liczba członków Towarzystwa zwiększyła się do 600. Zajmowaliśmy się organizacją pomocy i wysyłaniem darów na Wileńszczyznę (odzież, buty, książki dla młodzieży szkolnej). Pomagaliśmy polskiej młodzieży z Wileńszczyzny studiującej w ART i WSP w Olsztynie oraz Studium Pedagogicznym w Mrągowie. Przyjmowaliśmy dzieci na kolonie letnie i obozy żeglarskie. Ufundowaliśmy 4 sztandary. Jeden przekazaliśmy ZPL w Wilnie, a pozostałe szkoły im. Mickiewicza, im. Syrokomli i im. Jana Pawła II–go (wybudowana przez wspólnotę polską w Wilnie). Głównym organizatorem „akcji fundowania sztandarów” był Henryk Dawnis a ich wykonawcą (ręcznie haftowanych srebrem i złotem) Pani Krystyna Sarnecka – Jurgielewicz z Lidzbarka Warmińskiego. Sztandary poświęcił arcybiskup dr Edmund Piszcz.

       Wydaliśmy opracowane przez Jana Mincewicza z Wilna „Pieśni Wileńskie”. Przed 18 laty zainicjowaliśmy organizowanie Kaziuków Wileńskich, podczas których występują zespoły artystyczne z Wilna. Obecnie organizacją tych imprez zajmuje się kierowany przez dyrektora dr. Marka Marcinkowskiego Miejski Dom Kultury w Olsztynie. O Kaziukach prof. dr. hab. Leszek Jan Malinowski w książce pt. „Wileńskie Kiermasze” napisał, że te tradycyjne świeckie wielowiekowe obyczaje przejął Kościół w XVII w., kiedy kanonizowano św. Kazimierza. W 1636 r. papież Urban III zezwolił, aby rocznicowe obchody trwały całą oktawę w celu uczczenia tego św. Patrona Litwy. W czasie tych wielkich uroczystości odbywały się procesje, kiermasze, palmy wyroby ludowe itp. Z czasem ten religijno – kościelny obchód marcowy zaczęto ograniczać. W 1929 r. odczytem na Uniwersytecie Stefana Batorego w sali senackiej w Wilnie jezuita o. o. Mirek wygłosił odczyt poświęcony św. Kazimierzowi. Dzień jego imienin ustanowiono świętem Kazimierza pod nazwą „Kaziuki Wileńskie”

       Na początku XXI wieku prof. Z. Jabłonowski przy wsparciu naszego Towarzystwa zorganizował oddział Warmińsko – Mazurski w Olsztynie „Wspólnota Polska” i został jego przewodniczącym. Natomiast przewodniczącym naszego Oddziału TMWiZW został Bernard Ingielewicz, który pełnił tę funkcję do połowy 2010 r. Od początku pełniłem funkcje zastępcy przewodniczącego, więc po śmierci Bernarda Ingielewicza, powierzono mi funkcję przewodniczącego.

       W 2005 r. z inicjatywy Towarzystwa została wydana książka pt. „Wileńskie Rodowody” opracowana przez Tadeusza Matulewicza, a wydana przez Urząd Miasta i Prezydenta Olsztyna.

        Towarzystwo razem z Rodziną Ponarską zorganizowało pielgrzymkę do miejscowości Kałkowo koło Kielc, gdzie w obiekcie Golgota wmurowano tablicę ponarską. Następna delegacja 01.09.2010 roku uczestniczyła w uroczystościach na cmentarzu ponarskim i wmurowaniu tablicy pamiątkowej w ZPL-u w Wilnie.

       W 2011 r. wspólnie z OBN w Olsztynie wydaliśmy książkę „Rodem z Wileńszczyzny” na XX -lecie Oddziału Olsztyńskiego TMWiZW, w której znajdą się wspomnienia 45 osób.

       Miło mi było usłyszeć, że nasz Prezydent RP Bronisław Komorowski na zaproszenie Prezydenta Dalii Grybanskaite uczestniczył w obchodach dnia odrodzenia państwowości Litwy. Przypomnę, że 16.02.1918 r. Litewska Rada Krajowa proklamowała niepodległość Litwy. Przed oficjalnym spotkaniem z władzami Litwy nasz Prezydent pojechał do podwileńskiej miejscowości Mejszagoła, gdzie w polskiej szkole średniej im. Księdza Prałata Józefa Obremskiego spotkał się z mieszkającymi tam Polakami. Mającego 105 lat patrona tej szkoły J. Obremskiego Prezydent Komorowski odznaczył „Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi dla Rzeczpospolitej Polskiej”.

Podczas spotkania z Polakami Prezydent bardzo stanowczo i słusznie podkreślił, że w relacji polsko–litewskiej jest wiele spraw nierozwiązanych, które wywołują zaniepokojenie Polaków i Polski. Między innymi nie możemy się doczekać zrealizowania traktatu polsko–litewskiego z 1994 r., który miał być fundamentem relacji między państwami i narodami. Problemem jest pisownia nazwisk litewskich Polaków w oryginalnym brzmieniu. Jest to zapisane w traktacie, ale nierespektowane. Wilno wciąż obiecuje, że Polacy otrzymają tę możliwość, ale tylko obiecuje. Litewski sejm zapowiedział przyjęcie stosownej ustawy w kwietniu ubiegłego roku, ale ją odrzucił. Jest też wciąż niezałatwiona sprawa zwrotu ziemi.

W rejonie wileńskim, gdzie zamieszkuje większość Polaków ziemię zwrócono byłym właścicielom zaledwie w 50%, a w samym Wilnie zaledwie w 10%. Litwa nie zgadza się też na obecność języka polskiego w życiu publicznym. W miejscowościach zamieszkałych w przewadze przez Polaków, zabrania się pisania nazw ulic po polsku obok nazwy litewskiej. Prezydent zgrabnie to ujął: „nam nie ubyło, kiedy wprowadziliśmy dwujęzyczne nazwy na Opolszczyźnie w Puńsku, na Podkarpaciu i nie boli nas, gdy ktoś pisze nazwisko w brzmieniu litewskim czy niemieckim a Litwinów to boli, co jest niezrozumiałe w dzisiejszej Europie. Czy pisownia nazwisk i nazw miejscowości naprawdę zagraża suwerenności Litwy? Godzi w tożsamość narodową?”

        Trudno znaleźć wytłumaczenie tego litewskiego uporu. A wydawałoby się, że wspólna obecność w Europie do czegoś zobowiązuje. Prezydent przekonywał, że patrzy na Polaków na Litwie i na Litwinów w Polsce jako na potencjalne źródło bogactwa. „Jeśli ktoś w Polsce mnie pyta, jaki stosunek powinno mieć państwo Polskie do Litwinów mieszkających w Polsce odpowiadam, że powinniśmy ich traktować nie tylko jako współobywateli, ale jako wielką wartość, bo różnorodność jest wartością. Tak zbudowany jest świat i tak zbudowana jest Europa – na poszanowaniu różnorodności, nie tylko tolerowaniu, ale poszanowaniu, bo to jest wartość dla wszystkich”.

       Podczas spotkania Prezydent Bronisław Komorowski przypomniał, że jego przodkowie pochodzą z tych ziem. „Każdy kamień, każda bruzda tu na Wileńszczyźnie, każdy dom w Wilnie czasami do mnie krzyczy, czasami do mnie szepcze, czasami do mnie mówi – o ile nie przekręcę słowa litewskiego, które pamiętam gdzieś z opowiadań mojego ojca – do mnie kalba, czyli gada. Ja jestem stąd” – powiedział.

       Według Prezydenta, kwestie te „prędzej czy później będą musiały być rozwiązane po myśli” polskiej mniejszości. „Taki jest trend w całej Europie” – dodał. Prezydent Bronisław Komorowski zaproponował litewskim parlamentarzystom, aby odwiedzili Polskę i zobaczyli, jak traktowana jest litewska mniejszość oraz jak w Polsce funkcjonują dwujęzyczne nazwy miejscowości i dwujęzyczne szkoły.

                                                                

               Zygfryd Gładkowski

 

 

Bibliografia:

1.  Tadeusz Szyszkowski – „To wszystko ojczyzna. Sześć wieków kościoła i parafii Mejszagoła”, wyd. Polskie Wilno, 1999 r.

2.  Mirosław Gajewski – „Historia okolic Wilna”, wyd. Polskie Wilno, 2007 r.

Komentarze nie są dozwolone.