Wszyscy jesteśmy migrantami

prof. St. Czachorowski przy nawłoci
Migrują ludzie, migrują zwierzęta, owady, rośliny. Wszystkie istoty szukają lepszego miejsca do życia. Czy nieproszonych gości trzeba się bać? Jak dzielić z nimi terytorium? O wędrówkach zwierząt i roślin w poszukiwaniu lepszego życia opowiada prof. Stanisław Czachorowski, ekolog, entomolog z Katedry Ekologii i Ochrony Środowiska Wydziału Biologii i Biotechnologii UWM, popularyzator nauki, autor bloga Profesorskie gadanie.

 – Panie Profesorze, migracja to ostatnio gorący temat i wciąż aktualny. Dotyczy także zwierząt i roślin. Dlaczego migrują?

 – Wszyscy jesteśmy migrantami. Dyspersja (rozprzestrzenianie się – przyp. red.) jest zjawiskiem powszechnym, bo środowisko się zmienia a więc poszukiwanie nowych obszarów jest czymś naturalnym, wpisanym w strategię życia. Migracja jest cechą charakterystyczną dla wszystkich gatunków i od tego trzeba zacząć. Gdyby gatunek został w jednym miejscu, nawet najlepszym, to by zginął, bo w ciągu kilku czy najpóźniej kilkudziesięciu milionów lat jego środowisko się zmieni. Również człowiek jest migrantem. W Europie to Neandertalczyk był pierwszy. My (człowiek współczesny) byliśmy przybyszami. W czasie zlodowaceń większość obszaru współczesnej Polski znalazła się pod lądolodem. Podczas interglacjałów (ociepleń), gdy lądolód się cofał i odradzała się przyroda, którą znamy, gatunki roślin, grzybów i zwierząt powracały z refugiów (miejsc nie zajętych przez lądolód). Wskazujemy na 3 główne centra migracji: Bałkany, Italia i Półwysep Iberyjski. Do nas najwięcej gatunków dotarło z Bałkanów. Można powiedzieć, że ta rekolonizacja do tej pory się nie zakończyła. Człowiek jednak swą działalnością zakłócił naturalne procesy migracji. Na przykład w wyniku wylesienia dużych obszarów na skutek rozwoju rolnictwa zmniejszyły się siedliska dogodne dla bociana czarnego a znacząco powiększyły siedliska dogodne dla bociana białego. Na rolniczych wylesieniach skorzystały także zające czy kuropatwy – gatunki terenu otwartego. Te zmiany zostały wywołane przez człowieka. Odkrycie Ameryki skutkowało także sprowadzeniem do Europy wielu obcych gatunków roślin, jak chociażby ziemniaków, pomidorów, kukurydzy. Sami osiedlamy liczne gatunki zwierząt i roślin. Kiedyś robiono to z wielką niefrasobliwością. Od jakiegoś czasu, widząc, że nie wszystko, co sprowadzone pozostaje pod kontrolą, mówimy o gatunkach inwazyjnych i obcych. Gatunek obcy to taki, który pochodzi z innego obszaru. Jeśli szybko zwiększa swoją liczebność i areał występowania, wtedy określamy go jako inwazyjny.

– Mamy nowych gości, którzy się panoszą i ciężko ich wyprosić?

 – Zawsze takie gatunki były. Dzięki licznym obserwacjom wiemy o nich więcej, śledzimy i dostrzegamy zmiany zasięgów ich występowania oraz zmiany liczebności. To, co możemy teraz obserwować to wymieranie gatunków na niespotykaną wcześniej skalę. Niektórzy określają to jako kolejne, 6. wielkie wymieranie spowodowane przez człowieka i wyróżniają jako kolejną epokę – antropocen. W puste ekosystemy wywołane zanikaniem i wymieraniem gatunków łatwiej wchodzą inne gatunki. To jest i naturalne, i wręcz pożądane. Część z nich wprowadzamy gospodarczo, ale czasami wymykają się nam spod kontroli. Sterowanie tymi procesami jest niezwykle trudne. Reakcje na wprowadzany gatunek są nieprzewidywalne. Ponieważ tych gatunków jest dużo, stąd panika. Np. Australia wprowadziła ogromne restrykcje przeciwdziałające przywożeniu obcych gatunków. To zresztą ciekawe zjawisko. Do Nowej Zelandii sprowadzono kiedyś pewien gatunek trzmiela z Anglii, a teraz z powrotem naukowcy przenoszą go z Nowej Zelandii do Anglii i próbują odtworzyć populację, bo w Anglii już wyginął. W skali biosfery zależy nam na utrzymaniu możliwie dużej różnorodności. Gatunki obce wchodząc na nowy teren powiększają lokalną bioróżnorodność, ale mogą konkurować z gatunkami lokalnymi, na których nam zależy.

 – Czy jest jakaś lista gatunków inwazyjnych?

 – Jest. Instytut Ochrony Środowiska prowadzi taką listę. Obecnie liczy 1784 gatunki zwierząt, grzybów i roślin i ciągle się zmienia. Obcość gatunku nie jest problemem. Problemem jest jego inwazyjność, kiedy zaczyna się szybko rozprzestrzeniać i nie możemy przewidzieć skutków. Np. w związku ze zmianą klimatu obserwujemy pojawienie się południowych gatunków ważek i jednocześnie zanikanie gatunków północnych. Zauważono jednak, że nowe gatunki ważek wchodzą w siedliska niezajęte przez gatunki rodzime.

Możemy obawiać się barszczu Sosnowskiego, gatunku sprowadzonego kiedyś jako dobra pasza dla bydła. Na Kaukazie, gdzie jest to gatunek rodzimy, nie produkuje tylu toksycznych, lotnych olejków. Po przesiedleniu do nas nabył nowe właściwości i jest problemem dla lokalnej roślinności, bo rozrasta się bardzo szybko i zacienia sąsiednie rośliny, czyli jest konkurencyjny dla naszej rodzimej flory. Dodatkowo może powodować oparzenia skóry u ludzi. Część pojawiających się gatunków obcych związana jest ze zmianą klimatu (za sprawą człowieka, chociaż nie chcemy tego przyznać). Oczywiście, rośliny migrują wolniej, ale zmiany są już bardzo wyraźne. Mamy na przykład w Olsztynie w Parku Centralnym rdestowce, nawłoć kanadyjską, nawłoć późną, kolczurkę. Bywa tak, że jeden gatunek obcy ułatwia wnikanie kolejnym gatunkom obcym. Znakomicie widać to na kiełżach, skorupiakach z Morza Czarnego, pojawiających się w naszych wodach.

 – Czy są groźne?

 – Nie. Są nowe, ale ułatwiają wnikanie np. ryb babkowatych i innych kiełży. Najbardziej groźny jest człowiek, bo to my przekształcamy środowisko, powodujemy wymieranie wielu gatunków oraz odpowiadamy za pojawianie się gatunków obcych (także za niezamierzone zawleczenia, związane z globalnym transportem towarów).

 – Mamy w Olsztynie obce gatunki owadów?

 – Docierają do nas gatunki z południa. Zaobserwowano chociażby modliszkę, smukwę (gatunek osy). Gatunkami obcymi są w Olsztynie m.in. biedronka azjatycka obecna u nas od 2010 r. czy szrotówek kasztanowiaczek i oczywiście wspomniane nawłocie, rdestowiec, barszcz Sosnowskiego, kolczurka.

 – Jeśli to nie są gatunki jadowite to cóż nam szkodzi, że u nas są?

 – Możemy mieć z nimi problem, jeśli nie znamy skutków kaskadowych, czyli jak wpływają na inne gatunki i ekosystemy. Zależy nam przecież na jak największej różnorodności gatunków, ale bez uszczuplania gatunków rodzimych, bo zmniejszałoby to różnorodność biologiczną w skali globalnej.

 – A jakie obce gatunki zwierząt pojawiły się u nas w Polsce? Podobno widziano szopa pracza.

 – Szop pracz od lat 40., od przypadkowego uwolnienia do środowiska w okolicach Berlina, rozszerza zasięg występowania na wschód. Dotarł już do nas i jest. Mamy szakala, ale czy się rozmnaża u nas – nie wiadomo. Jest jeszcze jedna kwestia: nowe rośliny i zwierzęta wchodząc do nas nie pojawiają się same, ale ze swymi pasożytami. Dlatego w naszym środowisku są już zupełnie nowe dla nas pasożyty, których patogeniczne skutki mogą się uwidocznić dopiero po latach. Dla przyrody zmiany nie są problemem, dla gospodarki człowieka – tak, np. stonka ziemniaczana, która przywędrowała do nas za ziemniakiem i stała się znaczącym szkodnikiem. Zazwyczaj obserwujemy na początku gwałtowny wzrost liczebności gatunków inwazyjnych a potem spadek. Można tu mówić o regulacyjnym działaniu innych drapieżników, pasożytów czy chorób.

 – Panie Profesorze, głośno było ostatnio o pytonie tygrysim*, którego ślady znaleziono nad Wisłą. Jaki los go czeka?

 – Śmierć u nas. Podobnie, jak aligatora znalezionego pod Olsztynkiem, porzuconego prawdopodobnie przez przemytników i piranii znajdowanych w Wiśle i Odrze. Żółw czerwonolicy sprowadzany jest do nas, hodowany na dużą skalę i porzucany. Ogrody zoologiczne nie są w stanie przyjąć ich tak dużo. Żółw ten jest w stanie przetrwać zimę u nas i gdyby mógł się rozmnażać, stanowiłby zagrożenie dla naszego żółwia błotnego, jako jego konkurent w środowisku. Większość gatunków, które przypadkowo trafiają do naszego środowiska, ginie. Być może potrzebne są schroniska dla zwierząt egzotycznych, aby ludzie, którym się znudzą, nie wypuszczali ich do naszego środowiska, bo skutki tego mogą być nieprzewidywalne dla naszej bioróżnorodności. Nie jest to tylko kwestia gatunków dziko żyjących, ale także np. trzmieli sprowadzanych z dużych hodowli w Turcji lub Bułgarii dla zapylania upraw ogrodniczych. Niby ten sam gatunek, ale np. Anglicy bronią się przed nimi, bo obserwują, że populacja ich trzmieli jest genetycznie inna niż trzmieli europejskich, a uciekające z takich ogrodniczych hodowli trzmiele „zaśmiecają” genetycznie populacje rodzime.

 – Całkiem nieźle radzą sobie u nas papugi, widziane w okolicy Zielonej Góry.

 – Tak, ich ekspansja idzie z zachodu. Tam się zaaklimatyzowały. To też przykład wypuszczenia czy ucieczki z hodowli obcego gatunku, jego zaaklimatyzowania się i ekspansji na wschód.

 – Czy mogą pojawić się u nas jadowite pająki, skorpiony, które znamy z tropików?

 – Tak, zwłaszcza jeśli klimat się zmieni. Obawiamy się chorób afrykańskich, które wiążą się ze zmianą klimatu i wnikaniem do nas gatunków roznoszących te pasożyty. Główną przyczyną jest przekształcenie środowiska i bardzo znaczące ocieplenie klimatu – za naszą sprawą. Jesteśmy świadkami głębokiego przekształcenia ekosystemów i nie wiemy, co z tego wyniknie. Mądrzejsze byłoby przeciwdziałanie skutkom globalnego ocieplenia. Ale z różnych politycznych przyczyn na to zgody nie ma.

Małgorzata Hołubowska

* Życie zgotowało słynnemu pytonowi tragiczny koniec. Znaleziony, ranny, chociaż przekazany do kliniki dla gadów – nie przeżył.