Wojna na Ukrainie. Dr hab. Krzysztof Żęgota komentuje rosyjską agresję

flaga Ukrainy
To pełnoskalowy atak i wojna. Tak o agresji Rosji i Białorusi na Ukrainę mówi dr hab. Krzysztof Żęgota z Katedry Nauk o Polityce i Nauk o Bezpieczeństwie Wydziału Nauk Społecznych UWM.

- Panie doktorze, z czym mamy do czynienia od dzisiaj na Ukrainie w świetle prawa międzynarodowego?

- Z wojną, bo mamy do czynienia z wkroczeniem wojsk rosyjskich z terytorium zbuntowanych republik, jak również z Białorusi i z samej Rosji z okolic Czernihowa i Charkowa. Z drugiej strony mamy ataki rakietowe na terytorium całej Ukrainy, nawet w zachodniej części Ukrainy - w obwodzie lwowskim i iwanofrankowskim. To 100 km od granicy polskiej, więc wojna jest praktycznie u naszych bram. Są to ataki na infrastrukturę wojskową, a przy okazji cierpi również infrastruktura cywilna. Trudno mówić o jeszcze bardziej znamiennym sygnale wojny. To wojna niewypowiedziana, sugerująca rzekomą obronę rosyjskojęzycznej ludności na Ukrainie. Tylko tej ludności żadna krzywda się nie działa. To uzasadnienie zupełnie nieracjonalne, nieprzystające do rzeczywistości. Mamy do czynienia również z wojną informacyjną, bo obserwuję, jak sytuację przedstawiają rosyjskie media państwowe, które zdominowały rynek medialny w Rosji i przekaz informacyjny.

 

- Jak ją przedstawiają?

- Media rosyjskie przedstawiają to jako operację wojskową w Donbasie. Jest to według nich odpowiedź na ukraińską prowokację, skierowaną przeciw samozwańczej Ługańskiej i Donieckiej Republice Ludowej. O ile media zachodnie i polskie przedstawiają skutki zniszczeń spowodowanych rosyjskimi atakami rakietowymi - to media rosyjskie pokazują rzekome ofiary ataków ukraińskich na te republiki i rzekome zniszczenia. To wskazuje na to, że media rosyjskie mają przygotowaną historię, że strona ukraińska sprowokowała ten konflikt i siły rosyjskie wkraczają jedynie w celu ochrony rosyjskojęzycznej ludności tych republik. To jest oczywista nieprawda.

- Czy to, co dzisiaj zrobił prezydent Rosji, to kolejny element scenariusza, który zaczął w 2008 r. w Gruzji i kontynuował w 2014 r. na Ukrainie i na Krymie? Czy może inny?

- Śmiem twierdzić, że jest to scenariusz, który Władimir Putin realizuje od 2000 r. To scenariusz reintegracji przestrzeni poradzieckiej, związany z utrzymaniem strefy poradzieckich wpływów Rosji i niedopuszczeniem do uczestnictwa byłych republik radzieckich w integracji europejskiej i euroatlantyckiej. Rosja nie chce dopuścić do tego, żeby takie państwa jak Gruzja, Ukraina czy Mołdawia wstąpiły do Unii Europejskiej czy też do NATO. Każde z tych 3 państw ma jakieś konflikty graniczne, ma jakieś terytoria separatystyczne, które są wspierane przez Rosję. W Mołdawii jest to Naddniestrze, w przypadku Ukrainy to Krym i Donbas, a w przypadku Gruzji to Południowa Osetia i Abchazja. Mechanizmy działań są to takie same. Teraz novum jest to, że władze Rosji zdecydowały się na pełnoskalową agresję. Do tego nie doszło nawet w sierpniu 2008 r. w Gruzji.

- Jakie są cele taktyczne Rosji?

- Obserwowałem wystąpienie telewizyjne prezydenta Putina (24 lutego), które nad ranem opublikowała rosyjska telewizja państwowa. On wyraźnie podkreślał, że jego celem nie jest okupowanie całej Ukrainy. Nazwał tylko to operacją wojskową w Donbasie. Być może ten ostrzał artyleryjski i rakietowy na terytorium całej Ukrainy ma na celu wywołanie szoku, a właściwym celem jest tylko podporzadkowanie Rosji tych części obwodu Ługańskiego i Donieckiego, które do tej pory były kontrolowane przez władze Ukrainy. Będziemy oczywiście obserwować w najbliższych godzinach, jak ta sytuacja będzie się rozwijać.

- Komentatorzy polityczni twierdzą, że do agresji zachęciła prezydenta Putina bierna postawa Zachodu, wobec wcześniejszych agresji i nikłe sankcje, które jak powiedział ambasador Rosji w Szwecji Rosja ma gdzieś?

- W mojej ocenia taka właśnie była optyka rosyjska. Z naszego punktu widzenia - optyki zachodniej - trudno było oczekiwać do tej pory jakichś bardziej drastycznych kroków. Z ust prezydenta Putina padały dotąd tylko słowa retoryki politycznej. Nie było działań. Reakcja Zachodu po zajęciu Krymu i puczu Republik Donieckiej i Ługańskiej była zbyt słaba. Pamiętajmy jednak, że związki Zachodu z Rosją, w szczególności, jeśli chodzi o kwestie energetyczne, są bardzo silne. Nieracjonalny i krytykowany przez Polskę rurociąg Nord Stream II, który mimo wszystko był realizowany, odzwierciedla nadzieje Zachodu, że poprzez powiązanie Rosji zależnościami ekonomicznymi i handlowymi, da się ją ucywilizować. Ta nadzieja okazała się złudna. Teraz my - Zachód - będziemy musieli przejść terapię szokowa związaną z koniecznością odcięcia się od Rosji, zwłaszcza w energetyce.

- Czy obecna sytuacja z Rosją nie przypomina tej z 1939 r., kiedy to politycy europejscy ustępowali Hitlerowi sięgającemu po coraz więcej, licząc na to, że w ten sposób kupują pokój?

- Niewielu ekspertów spodziewało się takiego rozwiązania, więc władze sowieckie zdecydowały się na ten nieracjonalny krok. Tak, to podobna sytuacja, można doszukiwać się analogii. Wielu zachodnich liderów stosowało elementy polityki appeasementu, podobnej do tej, którą Brytyjczycy stosowali wobec Hitlera w latach 30. XX w. Kolejni prezydenci USA próbowali stosować wobec Putina politykę resetu. Te resety, jak wiadomo niewiele przyniosły, bo konstruktywne, racjonalne podejście liderów europejskich było przez niego odbierane jako słabość. A słabość drugiej strony, według Putina, należy wykorzystać, trzeba się z nią bić.

- Co dalej?

- Trudno przewidzieć. Jako obserwatorzy zachodni popełniliśmy błąd w założeniu. Uważaliśmy, że Putin jest człowiekiem racjonalnym. Teraz jednak komentatorzy uważają, że ta agresja jest czymś zupełnie nieracjonalnym. W przypadku tak nieracjonalnego lidera, trudno przewidywać, jakie będą jego kolejne kroki. Scenariusze są dwa. Pierwszy to ataki rakietowe na terytorium całej Ukrainy, mające na celu ja zastraszyć, ale celem taktycznym jest zajęcie i kontrola nad całym obwodem donieckim i ługańskim i włączenie ich w całości do samozwańczych republik. Drugim scenariuszem może być uzyskanie lądowego połącznia Rosji z Krymem przez południowy wschód Ukrainy i przejęcie kontroli nad Ukrainą do linii Dniepru. Nie chcę sobie wyobrażać takiego scenariusza, w którym Rosja przejmuje cała Ukrainę. To przerodzi się w krwawy i długotrwały konflikt, czego ani Polska, ani Europa nie chcą.

- Czy my, mieszkańcy województwa warmińsko-mazurskiego graniczącego bezpośrednio z Rosją, mamy się czego obawiać? Bezpośredniego ataku wojskowego, wojny hybrydowej czy chociażby najazdu emigrantów, jak na granicy z Białorusią?

- Jesteśmy regionem przygranicznym i scenariusz migracyjny jest cały czas możliwy. Władze rosyjskie mogą wykorzystać ten szlak migracyjny. W zagrożenie militarne nie wierzę. Polska jest państwem NATO. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, w której Rosja odważyłaby się zaatakować państwo NATO. Wydaje mi się, że z obwodu kaliningradzkiego zagrożenia militarnego nie ma. Powinniśmy się jednak liczyć z zagrożeniami wynikającymi z wojny informacyjnej i mieć oczy szeroko otwarte. Sytuacja na Ukrainie według mnie nie ma przełożenia na sytuację wojskową w obwodzie kaliningradzkim.

- Co możemy zrobić w tej sprawie?

- Jako społeczeństwo szeroko pojętego Zachodu powinniśmy wspierać Ukrainę. W pierwszej kolejności czekamy na decyzje polityczne, decyzję o sankcjach i o zaostrzeniu tych sankcji, które zostały zaordynowane w ostatnich dniach. Musimy pokazać jedność Zachodu i nasz sprzeciw wobec łamania prawa międzynarodowego.

Rozmawiał Lech Kryszałowicz

Dr hab. Krzysztof Żęgota jest adiunktem w Instytucie Nauk Politycznych na Wydziale Nauk Społecznych UWM. Jego zainteresowania badawcze to stosunki międzynarodowe, obwód kaliningradzki Federacji Rosyjskiej, diaspora polska na wschodzie. W styczniu tego roku otrzymał tytuł doktora habilitowanego na podstawie monografii „Obwód kaliningradzki Federacji Rosyjskiej a bezpieczeństwo międzynarodowe Europy Środkowo-Wschodniej. Między geopolityką a konstruktywizmem".

w kategorii