Pędzel i widły, czyli letnie praktyki zawodowe

Zmień rozmiar tekstu

Wakacje to dla wielu studentów UWM obowiązkowe praktyki zawodowe. Niektórzy wracają z nich wręcz zachwyceni. Dlaczego?

Katarzyna Kuśmierz jest studentką 3. roku zootechniki, członkinią Naukowego Koła Hodowców Owiec i Kóz „Chimera”. Tego lata odbyła dwie praktyki, każda – miesięczna. Pierwszą miała w Kołudzie Wielkiej koło Inowrocławia w słynnym wśród hodowców Zakładzie Doświadczalnym Instytutu Zootechniki, który wyhodował kołudzką rasę owiec i gęsi. Drugą – w gospodarstwie rolnym koło Grajewa, specjalizującym się w hodowli krów mlecznych. Szczególnie ta pierwsza praktyka wzbudziła jej zachwyt. Dlaczego?

- Każdego ranka musiałam wraz z pracownikami zakładu wydoić 70 owiec. Wcześniej trochę doiłam ręcznie, a tam - mechanicznie. Robiłam to pierwszy raz w życiu i było to dla mnie bardzo pouczające i ciekawe. Owce są tak przyzwyczajone do dojenia, że same ustawiają się w zawsze tej samej kolejności, od najważniejszej w stadzie – opowiada Kasia.

Potem pomagała sprzątać pomieszczenia i karmić owce. W drugiej części dnia uczestniczyła w procesie przeróbki mleka. A było na co patrzeć i czego się uczyć, bo zakład w Kołudzie wytwarza aż 7 gatunków owczego sera i jeden gatunek jogurtu.

- Wszystkie bardzo smaczne i zdrowe – podkreśla Kasia. Studentka chętnie pojechałaby na praktykę do Kołudy jeszcze raz, bo wszystkiego nie widziała, m.in. rozrodu owiec. Kasia pochodzi z Gdyni. Owce i kozy to jej pasja i ich hodowlą chciałaby się zająć w po skończeniu studiów.

- Wszyscy twierdzą, że to się nie opłaca, ale ja wierzę, że znajdę sposób na opłacalność – mówi pewnie.

Kasia jest bardzo zadowolona i z praktyk i ze studiów. Uważa, że studenckich praktyk powinno być więcej.

- Żebyśmy jeszcze więcej mogli spotykać się ze zwierzętami. Na pierwszym roku było kilka osób, które nie wiedziały, po co są na tych studiach. Ja też początkowo myślałam o weterynarii i gdy się na nią nie dostałam, czułam się nieszczęśliwa i płakałam. Ale teraz jestem bardzo zadowolona z tego, co robię. Zauważyłam też, że po 1. roku już nie ma niezdecydowanych. Praktyki zawodowe i nauczyciele-pasjonaci pomogli nam się zdecydować - mówi.

To, że latem studenci kierunków rolniczych pracują jest zrozumiałe, a co robią studenci sztuki, np. edukacji plastycznej? Pewnie odpoczywają i szukają natchnienia?

- Nasi studenci 1. roku od końca czerwca do połowy lipca mieli plener malarski w Olsztynku – wyjaśnia dr hab. Renata Zimnicka-Prabucka, która wraz z dr hab. Wiolettą Jaskólską prof. UWM – obie z Instytutu Sztuk Pięknych na Wydziale Sztuki - opiekowały się studentami. W obowiązkowym plenerze uczestniczyło 18 osób, czyli cały rok.

- To był ich pierwszy plener i pierwszy wspólny wyjazd. Każdy jednak pracuje indywidualnie. W czasie roku akademickiego studenci malowali i rysowali martwe natury. Teraz mieli okazję zmierzyć się z naturą, słonecznym oświetleniem, ludźmi, którzy widząc ich przy pracy rozmaicie komentują ich rysunki – opowiada dr Renata Zimnicka-Prabucka.

Codziennie wieczorem studenci spotykali się z nauczycielami i wspólnie omawiali prace, słuchali porad, dyskutowali, oglądali albumy światowego malarstwa, aby podpatrywać jak malowali najwięksi i się od nich uczyć.

- To były bardzo owocne dni. Widać było wielki zapał studentów, postępy i rosnącą odwagę w tworzeniu. Jesteśmy bardzo zadowolone z tego pleneru, bo studenci bardzo wytrwale pracowali i chociaż to wakacje byli zdyscyplinowani i nie sprawiali żadnych kłopotów - zapewnia dr Zimnicka-Prabucka.

Jedną ze studentek, które wzięły udział w plenerze była Bożena Wiśniewska z Olsztyna, studentka 1. roku, najstarsza na roku.

- Jestem bardzo zadowolona z tego pleneru. Mieszkaliśmy w gimnazjum im. Polskich Noblistów. Warunki mieliśmy bardzo dobre. Ludzie w Olsztynku byli nam życzliwi.

- Zainteresowały mnie stare traktory i maszyny rolnicze, które codziennie tam widziałam. Namalowałam sporo akwarel, pasteli i zrobiłam wiele rysunków. Zaciekawiła mnie także olsztynecka architektura. W mieście jest dużo typowych warmińskich domów, ciekawy kościół, stara brama. Mieszkam w Olsztynie, ale oprócz wizyty w skansenie nigdy w Olsztynku nie byłam. Bardzo polecam do zwiedzania to miasteczko.

Bożena Wiśniewska wśród młodych ludzi na plenerze czuła się bardzo dobrze.

- Zawsze odnoszą się do mnie bardzo dobrze – zapewnia. - Jestem szczęśliwa, że poszłam na te studia. Wiele się uczę, wzbogacam się wewnętrzne. Uczę się nawet od tych młodych, bo to ciekawi ludzie, nieprzypadkowo znaleźli się na tych studiach, jest z nimi o czym rozmawiać. Bardzo mnie te studia rozwijają – nie ustaje w pochwałach.

Bożena Wiśniewska skończyła szkołę średnią i całe życie prowadziła działalność gospodarczą.

- Ale malowanie we mnie siedziało od zawsze. 11 lat chodziłam do pracowni malarskiej Zofii Chudyki-Kopczewskiej w klubie „Akces” i wiele się od niej nauczyłam, ale studia to studia: wiedza pogłębiona, systematyczna i kontakt z ludźmi, który uczy i wzbogaca. Zachęcam wszystkich do studiowania. I takich jak ja, i młodych. Nie szukajcie szczęścia zagranicą, tylko studiujcie i myślcie jak w tych warunkach urządzić się w Polsce - apeluje Bożena Wiśniewska.

A kluczem do sukcesu jest jak widać: robić to, co się lubi, w każdym wieku.

Lech Kryszałowicz

w kategorii