Nieważne, kto głosuje, ważne kto liczy głosy

Zmień rozmiar tekstu

Łamanie zasad wolnych i uczciwych wyborów jest domeną krajów niedemokratycznych. W demokratycznych – występuje incydentalnie. Mimo to może wpłynąć na ostateczny wynik wyborów.

O wyborach w Polsce i na świecie mówi prof. Arkadiusz Żukowski, dyrektor Instytutu Nauk Politycznych na Wydziale Nauk Społecznych UWM (na zdj.).

– Za nami wybory samorządowe i prezydenckie, a przed nami – parlamentarne. W mediach możemy usłyszeć o różnych incydentach i nieprawidłowościach w ich trakcie. Jakie one są?

– Należy najpierw wspomnieć o fałszerstwach, gdyż ich waga jest znacznie większa. Dotyczą w szczególności liczenia głosów. Jak stwierdził Józef Stalin: „nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy”. Media bardzo często pojedyncze przypadki fałszerstw czy nieprawidłowości bardzo eksponują, co zniekształca skalę tych zjawisk. W państwach, w których Zachód próbuje budować demokrację liberalną, mimo licznych fałszerstw i nieprawidłowości jak np. w Afganistanie i Iraku, temat ten rzadko jest eksponowany, także przez zachodnie media. Najczęściej wybory takie konkluduje się stwierdzeniem, że „był to krok ku demokracji”.

– Czy fałszerstwa wyborcze wszędzie są takie same?

– Występują one głównie w systemach totalitarnych i autorytarnych, w państwach demokratycznych – incydentalnie. Mogą jednak zdarzyć się takie, które decydują o wyniku wyborów, jak np. na Florydzie w wyborach prezydenckich w USA w 2000 r. Karta do głosowania była tam tak skonstruowana, że wprowadzała w błąd zwolenników Ala Gora – kandydata demokratów. Część głosów oddanych korespondencyjnie z hrabstw preferujących demokratów nie dotarła na czas do komisji wyborczych. W związku
z uzasadnionym kwestionowaniem poprawności liczenia głosów zarządzono ich ponownie liczenie. Przerwano je, gdy szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę Ala Gora. Tymczasem wybory prezydenckie na Florydzie decydowały o tym, kto zostanie prezydentem USA.

– Czy fałszowanie wyborów kiedyś i dzisiaj wygląda tak samo?

– W przeszłości nawet w tzw. starych demokracjach, zwłaszcza w USA, nieprawidłowości były dość liczne, a ich skala znacząca. Najczęściej chodziło o kupowanie głosów czy opłacanie wyborców, aby głosowali w różnych obwodach do głosowania. Dlatego też wprowadzono konieczność zamieszkiwania obywatela w danym miejscu przez określony czas. Współcześnie zwraca się uwagę na nieuczciwości podczas alternatywnych sposobów głosowania. Głosowanie korespondencyjne może sprzyjać fałszerstwom i m.in. dlatego w 1975 r. we Francji odstąpiono od niego. W Belgii też. Przy głosowaniu korespondencyjnym można naruszyć kilka procedur, np. „dosypać” głosów przez centralną komisję wyborczą oraz unieważnić i usunąć głosy na każdym poziomie (od listonosza po centralną komisję wyborczą). W Wielkiej Brytanii kupowano karty do głosowania korespondencyjnego. W kontekście głosowania elektronicznego wymienia się cały katalog zagrożeń: zhakowanie komputerów liczących głosy; uzyskanie dostępu do systemu komputerowego, co umożliwia „dosypanie” głosów; podrobienie chipów dających dostęp do maszyn do głosowania; część głosów może przepaść podczas awarii systemu; brak dokumentacji głosowania tj. wydruków; niepoprawne zarejestrowanie się lub „zgubienie” głosów; brak możliwości weryfikowania danych głosowania; brak możliwości niezależnego audytu bezpieczeństwa. Testowe e-głosowania
w USA potwierdziły zasadność tych obaw. Z drugiej strony, Estonia, jako jedyne państwo na świecie stosująca głosowanie elektroniczne obok tradycyjnego we wszystkich rodzajach wyborów, pokazuje, że fałszerstwa wyborcze nie występują.

– A jak fałszerstwa wyglądają w Polsce?

– Do dużych fałszerstw dochodziło w okresie rządów sanacji w II RP. Było to m.in. mianowanie generalnego komisarza wyborczego, unieważnianie prawidłowo zgłaszanych list kandydatów, finansowanie przez rząd kampanii BBWR, aresztowanie kandydatów, konfiskata materiałów wyborczych. Najjaskrawszym przykładem nadużyć było nieliczenie oddanych głosów w obwodowych komisjach wyborczych, ale przekazywanie urn z głosami policji, która przewoziła je do komisji okręgowych. Wybory w 1930 r. zwane wyborami „brzeskimi” określane były też mianem „cudu nad urną”. Kierownictwo opozycyjnych wobec sanacji partii było zastraszane, podobnie jak wyborcy. Na masową skalę unieważniano listy kandydatów opozycji (delegalizacje, aresztowania, tortury). Łamano zasadę tajności. W PRL począwszy od sfałszowanych wyborów do Sejmu w 1947 r., elekcje nie spełniły wymogów wyborów wolnych i uczciwych.

– A jak to wygląda w Polsce po 1989 roku?

– Od 1989 r., można mówić o nieprawidłowościach, które miały lokalne i marginalne znaczenie. Fakty i statystyki pokazują, że wybory prezydenta RP, wybory do Sejmu i Senatu RP i wybory do Parlamentu Europejskiego są wolne od poważniejszych nieprawidłowości. Dotyczą one w zasadzie wyborów samorządowych, ale związane są z łamaniem procedur przez pojedynczych kandydatów czy w pojedynczych lokalach wyborczych.

– Jak zapobiegać fałszerstwom?

– Stanowiąc dobre prawo oraz wprowadzając mechanizmy je zapewniające. Administracja wyborcza powinna być niezależna od władzy. Proces wyborczy, a w szczególności głosowanie i liczenie głosów powinny być monitorowane przez organizacje pozarządowe czy instytucje międzynarodowe. Ważną rolę odgrywa też protest wyborczy oraz poziom kultury politycznej elit i tradycja obywatelska.

Sylwia Zadworna

w kategorii