Mowa nienawiści – wygodny sposób na uniknięcie rzeczowej dyskusji

dr hab. Alina Naruszewicz-Duchlińska, prof. UWM
Rok 2019 i tragiczne wydarzenia w Gdańsku spowodowały, że w mediach najczęściej używanym słowem stała się nienawiść. O mowie nienawiści, hejterach i trollach internetowych mówi dr hab. Alina Naruszewicz-Duchlińska, prof. UWM z Instytutu Polonistyki i Logopedii Wydziału Humanistycznego UWM.

 – Pani Profesor, mowa nienawiści i nienawiść po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza były najczęściej używanymi słowami. Czym zatem jest mowa nienawiści i jak się przejawia?
 – Mowa nienawiści to agresja słowna odnosząca się do ludzi i grup społecznych i dotycząca cech, które są od nich niezależne, np. narodowości czy koloru skóry. Obecnie jednak ten termin poszerzył swój zasięg i oznacza opinię niezgodną z wybranym punktem widzenia.

 – Napisała Pani Profesor jakiś czas temu książkę o nienawiści w czasach Internetu. Czy to, z czym możemy spotkać się w mediach społecznościowych lub forach internetowych, można nazwać mową nienawiści?
 – Oczywiście, podobnie jak wiele tekstów tam występujących można nazwać mową miłości, czy mową dobra. Tych ostatnich na szczęście jest zdecydowanie więcej, tylko przykuwają mniejszą uwagę. Mózg człowieka jest uwarunkowany ewolucyjnie na szybkie dostrzeganie zagrożenia, a za takie uznaje bardzo negatywne wypowiedzi.

 – O agresywnych komentarzach, napastliwych, krytykujących mówi się, że jest to hejt, a osoba ich używająca to hejter. Czy między mową nienawiści a hejtem można postawić znak równości?
 – To zbliżone pojęcia, ale jak już wspominałam, o nieco innym zakresie. Mowa nienawiści odnosi się do cech, na które ktoś nie ma wpływu. Hejt może dotyczyć wszystkiego i wszystkich, czyli mową nienawiści będą np. życzenia wszystkiego najgorszego wyrażone niecenzuralnymi słowami, dlatego że reżyser filmowy należy do określonej narodowości. Hejtem będzie emocjonalna, negatywna ocena efektów jego pracy, np. doboru aktorów do określonych ról.

 – A czy każda krytyka w Internecie zasługuje na miano hejtu?
 – Nie, tylko ta, która krytyką nie jest, czyli jest pozbawiona argumentów, rzeczowości i neutralnego nastawienia wobec przedmiotu odniesienia.

 – A co z tak zwanymi internetowymi trollami? To też są hejterzy?
 – W Internecie każdy może być kim chce, a przynajmniej próbować. Jeden z rysunków satyrycznych z lat 90. przedstawiał labradora, który siedząc przy komputerze mówi do kundelka obok: „w Internecie nikt nie wie, że jesteś psem”. Hejterem czy trollem nie musi być jakiś demoniczny czarny charakter, może to być znudzony uczeń lub sympatyczna sąsiadka, zirytowana tym, że uciekł jej autobus. Mianem hejterów określa się twórców komunikatów, które mają sprawić, że ktoś poczuje się urażony, że zaboli go to, co przeczytał czy usłyszał. Są to w internetowym uniwersum postaci zdecydowanie negatywne. Polskie słowo nienawistnik dość dobrze oddaje ich postrzeganie. Troll zaś to oszust. Teraz odnosi się to głównie do manipulacji politycznych, ale kiedyś miało szerszy zasięg, a niektóre przypadki trollingu z dawnych lat miały również pozytywne skutki, np. zwiększenie czujności redaktorów Wikipedii po mistyfikacji dotyczącej Henryka Batuty (https://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_Batuta).

 – Jak rozróżnić konstruktywną krytykę od hejtu czy mowy nienawiści? Mam wrażenie, że w obecnie każde niepochlebne słowo nazywane jest mową nienawiści.
 – Kiedy prześledzi się dyskurs medialny, można dojść do wniosku, że oskarżenie o mowę nienawiści stało się wygodnym sposobem uniknięcia rzeczowej dyskusji. Zamiast wskazywać argumenty, tłumaczyć niejasne kwestie itd. kończy się jakiekolwiek próby porozumienia zarzucając oponentowi nienawiść. Zaletą mody na to określenie jest to, że zauważono moc słów, ich niszczącą siłę i być może wpłynie to pozytywnie na jakość relacji międzyludzkich. Wystarczą do tego naprawdę proste sposoby postępowania w rozmowie – więcej słuchać niż mówić i otworzyć się na inne poglądy. Kiedy mamy do przekazania coś niemiłego, możemy zastosować zabieg zamiany ról, zastanowić się, jak byśmy się poczuli, gdybyśmy sami usłyszeli lub przeczytali to, co chcemy powiedzieć, czy napisać komuś zasługującemu według nas na krytykę, czy pouczenie.

 – Jak do tego wszystkiego ma się „wolność słowa”?
 – To bardzo ciekawe i trudne pytanie, bo „wolność słowa”, podobnie jak „mowa nienawiści” jest pojęciem wygodnym i w związku z tym nadużywanym. Uważam, że ważne jest, aby uczyć, jak należy się komunikować w Internecie. Jest to oczywiście praca dla wielu osób na wiele lat, ale warto ją podjąć. Wierzę w edukację i wierzę w wolność słowa. Nie wierzę za to w moc zabraniania. Wiadomo, że to, co jest niedostępne, kusi najbardziej.  

 – Książka Pani Profesor ukazała się już jakiś czas temu. Czy od tego czasu zmieniło się coś? Czy nasze wypowiedzi w świecie wirtualnym nabrały jeszcze bardziej „złośliwego” charakteru?
 – Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że świadomość na temat złych skutków internetowych złośliwości rośnie. Pozytywną rolę mają tu zarówno kampanie społeczne tego dotyczące, jak i bardziej nietypowe akcje, np. demaskowanie hejterów. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że w Internecie na zawsze „spisane będą czyny i rozmowy”. Jeśli więc kogoś nie przekonują racjonalne argumenty, że lepiej jest dążyć do porozumienia niż do konfliktu – to może przekona go wizja niemiłych konsekwencji wyczynów słownych.

 – Po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza politycy nawoływali do tego, aby ostudzić emocje i powiedzieć stop mowie nienawiści. Czy jest to w ogóle możliwe?
 – Tak. Pewnie nie od razu i nie u wszystkich, ale wierzę w to, że z nawet najgorszego zła może w dalszej perspektywie wyniknąć coś dobrego.

Sylwia Zadworna

w kategorii