Męska przygoda naukowa

Czy można jeszcze w dzisiejszych czasach prowadząc badania naukowe przeżyć prawdziwą męska przygodę, taką o której będzie się opowiadać wnukom? Tak, gdy ruszy się śladami Fridtjofa Nansena. Mgr Marcin Bujko minionego lata właśnie coś takiego przeżył.

Mgr Marcin Bujko, pracownik Katedry Geotechniki i Budownictwa Drogowego Wydziału Nauk Technicznych jest zapalonym żeglarzem. Pływa nie tylko po jeziorach mazurskich, ale wyprawia się także na morza. Tego lata jednak odbył rejs życia – z Islandii na Szpicbergen. Nie dla rozrywki. Prowadził poważne badania naukowe wód oceanicznych w bezpośrednim sąsiedztwie lądolodu. Badania, których dotąd nikt nie podejmował.

Wszystko zaczęło się od marzeń. Marcin Bujko chciał tego lata wyruszyć w rejs na Grenlandię. Wyprawa, na której miał być załogantem nie doszła jednak do skutku. Kapitan jachtu, na którym rejs miał się odbyć znając jego umiejętności żeglarskie i wiedząc gdzie pracuje i czym się zajmuje zaprotegował go więc kpt Moczydłowskiemu. Eugeniusz Moczydłowski jest nie tylko kapitanem jachtowym. To doktor nauk biologicznych, badacz fauny na Antarktydzie, wieloletni pracownik PAN. Kpt. Moczydłowski szykuje się właśnie do swego rejsu życia - zimowej wyprawy badawczej na Antarktydę. Popłynie tam własnym jachtem pełnomorskim „Magnus Zaremba”, zaprojektowanym i wykonanym według idei, która przyświecała norweskiemu polarnikowi prof. Fridtjofowi Nansenowi. Tego lata dla sprawdzenia jachtu wybrał się na rejs badawczy po północnym Atlantyku - z Islandii na Szpicbergen wzdłuż krawędzi lodów Grenlandii.

Zimą do Antarktyki? Do czego mu to potrzebne?

- Wszystkie badania fauny wód polarnych naukowcy prowadzą latem, ponieważ zimą warunki są tam zbyt trudne. Prowadzą je z dużych statków badawczych, które ze względów bezpieczeństwa są od skraju wiecznego lądolodu mocno oddalone. Czy takie badania są miarodajne? Nie. Pokazują tylko jedną sytuację. Wnioskowanie na jej podstawie jest bezpodstawne. Żeby wiedzieć, co naprawdę dzieje się w wodach u podnóża lodowców, trzeba badać zjawiska zachodzące w niej także zimą i to tuż przy krawędzi wiecznych lodów. Tego do tej pory nikt nie robił – wyjaśnia Marcin Bujko.

Kpt Moczydłowski przyjął Marcina do załogi. Marcin wkupił się na pokład nie tylko swymi umiejętnościami żeglarskimi, ale także tym, że mógł wesprzeć projekt analizą fizyko-chemiczną wody, na podstawie badań specjalną sondą. Udostępnił mu ją dr Dariusz Popielarczyk z Wydziału Geodezji i Gospodarki Przestrzennej.

Zimą do Antarktyki? Czy taka wyprawa może skończyć się pomyślnie?

W latach 1893-96 Norweg prof. Fridtjof Nansena na statku „Fram” (po norwesku naprzód) zorganizował wielką ekspedycję polarną. Przewidział, że statek będzie wmarznięty w pole lodowe. Z tego powodu nadał kadłubowi „Frama” kształt powodujący wypychanie go pod naciskiem lodu do góry. To rozwiązanie sprawdziło się. Kpt Moczydłowski wyszedł z tego samego założenia i jego jacht „Magnus Zaremba” ma kadłub w kształcie spodka, który powinien zostać wypchnięty w górę, gdy wpadnie w lodową pułapkę, co zimą na wodach Antarktyki jest bardzo prawdopodobne. „Magnus” jednak w przeciwieństwie do innych jednostek naukowych jest niczym łupinka. To prawdziwy żaglowiec. Ma tylko 17,3 m długości, 5,7 m szerokości i 2,8 m zanurzenia.

Tego lata kpt. Moczydłowski postanowił przetestować jacht, jego wyposażenie oraz załogę w rejsie pod biegun północny.

„Magnus Zaremba” wyruszył z Gdyni na początku lipca. Marcin do załogi dołączył miesiąc później - na Islandii. Początku płynęło im się bardzo dobrze, wręcz rekreacyjnie. Pogoda sprzyjała. Kiedy zbliżyli się do Grenlandii wiatry odwróciły się. Szli pod wiatr, który nawet nie był zbyt duży, ale przy udziale prądu morskiego, wytwarzał fale krótkie i wysokie na 3-4 m.

- „Magnus” to zadzierał dziób wysoko w górę to spadał. Nazywaliśmy to „piekielnym rodeo”. Niekiedy osiągałem chwilowy stan nieważkości. W takich warunkach trudno było spać, a tym bardziej jeść. Chociaż wcześniej już pływałem po morzu to dostałem choroby morskiej. Trwała tydzień. W takim stanie trzymałem wachty. Jak i dlaczego to przetrwałem – nie wiem – wspomina Marcin i na samo wspomnienie robi się blady.

W czasie tej huśtawki zepsuł się na pokładzie laptop pomocny w badaniach wód. Kapitan zawinął więc na Szpicbergen, gdzie załoga skorzystała z gościnności polskiej stacji badawczej. Tutaj odebrali nowy laptop, który samolotem przyleciał z Polski, doszli do siebie i ponownie wyruszyli pod arktyczny lodowiec. Pogoda była już dobra. Płynęli ocierając się o lód.

- Góry lodowe są błękitne i ogromne. Mieliśmy je na wyciągnięcie ręki, bo nasz jacht dzięki małym rozmiarom mógł się do nich bezpośrednio zbliżyć. Dla mnie są większą egzotyką niż palmy na brzegu morza. Pobraliśmy tam próbki planktonu i wykonaliśmy pomiary wody. Teraz opracowujemy wyniki. Największe jednak wrażenie wywarła na mnie mgła. Mgła na Morzu Grenlandzkim po zachodzie słońca jest zawsze. W zanikającym świetle dnia zatraca się granica między wodą i niebem. Kiedy się patrzy przed siebie ma się wrażenie, że wpływa się na niebo. Nie dziwię się dawnym żeglarzom wód północnych i łowcom wielorybów, że wierzyli, iż tam właśnie kończy się świat – wspomina Marcin.

Jego pobyt na pokładzie „Magnusa Zaremby” trwał miesiąc. Mógł sobie pozwolić tylko na tyle urlopu. Wrócił odmieniony. Był tam, gdzie surowa przyroda łamała największych żeglarzy i doświadczonych polarników. Teraz czeka na wezwanie kpt. Moczydłowskiego. Na początku przyszłego roku kapitan chce wyruszyć na półkulę południową, aby w lipcu 2015 r., czyli w środku zimy zbliżyć się do lodowców pod Antarktydą.

- Czy mnie powoła? Nie wiem? Czy będę mógł płynąć? Nie wiem. Ale wiem, że bardzo chcę - kończy swą opowieść Marcin Bujko.

Lech Kryszałowicz

w kategorii