Emerytura XXI wieku – political fiction?

Zmień rozmiar tekstu

prof. Anna Organiściak-Krzykowska, kierownik Katedry Polityki Społecznej i Ubezpieczeń UWM
Ci, którzy teraz cieszą się szczęśliwym dzieciństwem, mogą mieć gorzką starość. Naukowcy zajmujący się rynkiem pracy i ubezpieczeniami społecznymi biją na alarm. Kto ich słucha?

Rynek pracy i ubezpieczeń w dobie innowacji to temat konferencji naukowej, która w dniach 6-7 września odbyła się w Olsztynie. Zorganizowała ją już po raz 7. prof. Anna Organiściak-Krzykowska, kierownik Katedry Polityki Społecznej i Ubezpieczeń, prodziekan ds. nauki i współpracy międzynarodowej na Wydziale Nauk Ekonomicznych. W konferencji wzięło udział ok. 120 osób, m.in wybitnych polskich specjalistów od rynku pracy i ubezpieczeń społecznych. Konferencje o tej tematyce prof. Organiściak-Krzykowska organizuje co roku, zawsze we wrześniu. Z czasem te coroczne debaty w Olsztynie stały się jednym z głównych forów wymiany myśli na temat rynku pracy i ubezpieczeń społecznych w Polsce. A jest o czym rozmawiać, bo rynek pracy w Polsce zmienia się, a co za tym idzie zmieniają się, a właściwie powinny, regulacje dotyczące ubezpieczeń społecznych. Te zmiany zaczęły się w Polsce po przełomie ustrojowym z początków lat 90. XX w. i obecnie już są wyraźnie odczuwalne.

Podczas olszyńskiej konferencji jej uczestnicy zgodnie mówili o tym, że w Polsce kończą się zasoby pracowników i mamy już do czynienia z rynkiem pracownika. To pracownicy zaczynają dyktować warunki pracodawcom, a nie jak wcześniej bywało – pracodawcy. Z pozoru wydaje się, że to dobrze: będą wyższe płace, ale…

- Kurczenie się rynku pracowników wynika ze starzenia się polskiego społeczeństwa. To z kolei jest spowodowane coraz mniejszym przyrostem naturalnym. W 1955 r. w szczytowym okresie powojennego wyżu demograficznego na świat przyszło 739 tys. dzieci. Ten wyż trwał 15 lat (1946-61). Nigdy potem już tak wiele dzieci w Polsce nie urodziło się jednego roku – informuje prof. Anna Organiściak-Krzykowska.

Echem tego wyżu był wyż z lat 1972-83. Trwał 11 lat i był sporo mniejszy od tego pierwszego. Echem tego drugiego wyżu był wyż z lat 2005-2007. Trwał jeszcze krócej i był jeszcze mniejszy od poprzednich. Od początku lat 90. XX w. w Polsce rodzi się rocznie mniej więcej połowa tej liczby dzieci, co w 1955 r.

- Ma to bardzo poważne konsekwencje, o których wiele dyskutowaliśmy podczas konferencji. Coraz mniejsza liczba urodzeń powoduje, że na rynek pracy dopływa coraz mniej ludzi. Jednocześnie rośnie długość życia. W ten sposób coraz więcej ludzi coraz dłużej znajduje się w strefie nieprodukcyjnej. Nakłada się na to drugie niekorzystne zjawisko. W Polsce tylko połowa ludzi w wieku produkcyjnym jest aktywna zawodowo. W naszym województwie jest jeszcze gorzej, bo nie pracuje więcej niż połowa ludzi w wieku produkcyjnym. W Europie aktywnych zawodowo jest 70-75% ludzi w wieku produkcyjnym, więc tam sytuacja jest lepsza – kontynuuje prof. Organiściak-Krzykowska.

Jeśli w Polsce liczba urodzeń nie zwiększy się - to za 30-35 lat, kiedy w wiek emerytalny zaczną wchodzić dzisiejsi 25-35 latkowie będzie jeszcze gorzej.

- Przewidujemy, że wówczas na każdych 1000 osób w wieku produkcyjnym będzie przypadać 960 osób w wieku przed- lub poprodukcyjnym. Przypominam, że określenie: w wieku produkcyjnym nie oznacza: pracujących, bo tych jest obecnie połowa tej populacji. Dlaczego tak pesymistycznie przewidujemy? Dlatego, że prowadzona przez nasze państwo polityka prorodzinna - nie przynosi spodziewanych efektów. Niemcy, kraj dużo bogatszy od naszego, chociaż stosuje bardziej zachęcające mechanizmy, w tym zakresie też poniosły klęskę. O ile u nas wskaźnik dzietności na jedną kobietę wynosi 1,3 dziecka, to tam już tylko 0,9 – podkreśla prof. Organiściak-Krzykowska.

Na zjawisko spadku liczby urodzeń nakładają się jeszcze inne niekorzystne tendencje: wczesne przechodzenie do sfery nieprodukcyjnej ludzi relatywnie młodych, którzy mogliby pracować.

- Obawiamy się, że to zjawisko może się jeszcze pogłębić, bo politycy obiecali ludziom wcześniejsze emerytury. Do tego dochodzi nowe zjawisko: dobrowolna rezygnacja z pracy kobiet pobierających zasiłki 500+. Te zasiłki są wypłacane do 18. roku życia dzieci. Kiedyś się więc skończą. Jest bardzo wątpliwe, czy te kobiety, na ogół słabo wykwalifikowane, po 15-20 latach przerwy powrócą na rynek pracy.

Zdaniem naukowców nawet najbogatszy kraj nie wytrzyma finansowo sytuacji, w której na jednego pracującego przypada jeden niepracujący, a taką sytuację będziemy mieć w Polsce za 30-35 lat. O ile teraz przeciętna emerytura stanowi 70% pobieranego wcześniej wynagrodzenia – to za 30 lat będzie to tylko 30%. Kto za to przeżyje?

Jaka na to rada? Można odwrócić niekorzystną tendencję dotyczącą liczby urodzeń. W tym celu rząd powinien wprowadzić naprawdę skuteczne środki zachęcające do posiadania większej liczby dzieci. Zasiłki to nie ta droga. Gdyby od pieniędzy zależała liczba dzieci to bogaci mieliby ich dużo, a tymczasem mają zazwyczaj mało.

Wzorem skutecznej polityki prorodzinnej dla Polski może być Francja.

Według naukowców zajmujących się ubezpieczeniami społecznymi dzisiejsi 25-35-latkowie nie powinni jednak czekać na to, co zrobią politycy, bo ci są nieprzewidywalni. Powinni już teraz zakładać własne prywatne fundusze emerytalne niezależnie od ZUS i na nich odkładać pieniądze na emerytury.

Czy politycy o tym wszystkim wiedzą?

Tak, ale jeszcze muszą chcieć coś z tą wiedzą zrobić.

Lech Kryszałowicz

w kategorii