Budować relacje, nie mnożyć konfliktów

Od lewej: prof. dr hab. inż. Dariusz Kozerawski
Bezpieczeństwo narodowe, to nie jest tylko kwestia militarna. O tym, dlaczego Europa zachodnia nie boi się uzależniać od Rosji, a Polska i kraje bałtyckie – tak, rozmawiamy z prof. Dariuszem Kozerawskim z Instytutu Nauk Politycznych na Wydziale Nauk Społecznych.

– Dlaczego Europa Zachodnia nie boi się uzależnić od Rosji a Polska i kraje bałtyckie boją się?

– Polska i kraje bałtyckie są od dawna uzależnione od gazu z Rosji i dopiero budują systemy dywersyfikacji jego dostaw, jak np. Polska - gazoport w Świnoujściu. Kraje zachodniej Europy już takie systemy mają i w każdej chwili z gazu rosyjskiego mogą zrezygnować. Ale dopóki mogą kupować od Rosji tani gaz to chętnie go kupują, przez co konsekwentnie realizują swoje interesy narodowe.

– Nordsteram 2 marginalizuje Polskę i inne kraje Europy środkowo-wschodniej, np. Ukrainę. Jaką korzyść ma z tego Rosja?

– Rozpad Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, wschodniego odpowiednika Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, spowodował upadek wielkiego rynku, którego głównym graczem był ZSRR. Rosja utraciła kontrolę nad tym rynkiem, z wyjątkiem Węgier. Jej politycy są realistami i wiedzą, że Rosja RWPG nie odbuduje, ale robią wszystko, aby nadal uzyskiwać korzyści polityczne i gospodarcze z handlu surowcami energetycznymi]. Marginalizacja Ukrainy ma utrzymać jej gospodarkę w zależności od Rosji, która obecnie jest bardzo duża. Rosja nie chce utracić kolejnego ważnego dla siebie rynku i zarazem strefy wpływów.

– I dlatego mamy trwający już 3 lata konflikt zbrojny na wschodzie Ukrainy?

– Tak. Rosja, dążąc do zachowania swoich wpływów gospodarczych i politycznych na Ukrainie nie chce dopuścić do jej włączenia do Unii Europejskiej, bo utraciłaby tam wpływy, jak w Polsce. Sytuacja jest i była jednak nieporównywalna – Polska nie była nigdy republiką ZSRR. Do tego, aby utrzymać Ukrainę w swoim kręgu Rosja nie musi zajmować jej terytorium. Ten cel mogła osiągnąć znacznie prostszymi i tańszymi środkami, w tzw. wojnie hybrydowej. Nieoznakowane zbrojne oddziały, które pojawiły się na Krymie oraz grupy bojowników na jej wschodzie, które ogłosiły powstanie samozwańczych republik spowodowały, że nie doszło do kolejnych etapów integracji Ukrainy z UE. Rosja osiągnęła swój cel bez konfliktu zbrojnego na większą skalę, skutecznie i względnie tanio, udając bezstronność w tej kwestii.

– Jak długo taka sytuacja na Ukrainie może trwać?

– Tak długo, jak Rosja będzie mieć w tym swój własny interes.

– Dlaczego zatem Rosja zajęła Krym i nie zadowoliła się tylko jego destabilizacją?

– Krym to zupełnie inna sprawa. Rosja uważa się za mocarstwo w basenie Morza Czarnego. Ostatnio jednak takie ambicje wykazuje również Turcja. Zatem Rosja nie może sobie pozwolić na ograniczenie swojej pozycji w tym regionie. Na Krymie ma swoje bazy marynarki wojennej. Umowa z Ukrainą umożliwiała jej ich dzierżawę na 25 lat. Na Kremlu takie rozwiązanie uznano za niekorzystne i mało perspektywiczne. Rosja chciała mieć pewną sytuację i Krym po prostu przejęła, z powodu jego geostrategicznego położenia. Było to możliwe, ze względu na sytuację narodowo-etniczną na tym półwyspie. Dominują na nim nastroje prorosyjskie, przez co nie doszło do poważniejszych starć zbrojnych w jego obronie.

– A opinia międzynarodowa?

– Rosyjscy politycy nie za bardzo się nią przejmują, a poza tym wiedzą, że jest zmienna i można na nią skutecznie wpływać.

– Czy scenariusz ze wschodu Ukrainy może się powtórzyć w państwach bałtyckich, w których także żyje wielu Rosjan?

– Te państwa należą do NATO i do UE, a to zmienia postać rzeczy. NATO to pakt, w którym państwa obiecały pomagać sobie, gdyby któreś zostało zaatakowane. NATO powinno zareagować. Ale czy to zrobi? Jeśli jednak w takiej sytuacji nie wystąpi, pod znakiem zapytania postawi sens swego istnienia, który opiera się na solidarności i obronie kolektywnej. Zajmując Krym i wywołując wojnę hybrydową na wschodzie Ukrainy Rosja zdjęła zasłony z oczu wielu europejskich polityków i pozbawiła ich złudzeń, że jest państwem przewidywalnym, z postępującą demokratyzacją. Dlatego wiele krajów zaczęło wzmacniać swoje systemy obronne. Członkowie NATO powinni na cele obrony narodowej przeznaczać co najmniej 2% PKB. Obecnie na 29 członków tylko 5 państw, w tym Polska, ponosi takie wydatki. Musimy sobie zdawać sprawę, że sam sojusz bez naszego zaangażowania nas nie obroni. Zwiększając własne zdolności obronne – powiększamy potencjał sojuszu. Obecność wojsk innych państw członkowskich NATO jest zgodna z naszymi interesami narodowymi w dziedzinie bezpieczeństwa. Znajdujemy się bowiem na jego wschodniej flance.

– Z kim powinniśmy trzymać, aby czuć się bezpiecznie?

– Rosja to kraj o ambicjach mocarstwa światowego, do roli którego stara się powrócić. Nie należy eskalować istniejących i tworzyć kolejnych sytuacji kryzysowych we wzajemnych relacjach, jak to się teraz dzieje. Powinniśmy rozwijać kontakty gospodarcze, bo one wiążą ze sobą ludzi i gospodarki, a przez to determinują wzajemną politykę. Z drugiej strony mamy Niemcy – mocarstwo regionalne i Francję, o porównywalnym potencjale i ambicjach strategicznych. Te dwa państwa realizują swoje cele i nie można mieć o to do nich pretensji. Powinniśmy tak budować nasze relacje z tymi kluczowymi graczami NATO i UE, aby pozwalały na skuteczne wykorzystywanie szans pojawiających się przed Polską w dość trudnej sytuacji międzynarodowej. Tymczasem stosunki z Niemcami i Francją mamy nie najlepsze...

– No a USA?

- Stany Zjednoczone są daleko i realizują swoje cele mocarstwa światowego. Zabieganie o jak najlepsze relacje z USA jest zgodne z polską racją stanu. Należy jednak pamiętać, że te cele nie mogą być osiągane kosztem pogorszenia naszych stosunków z innymi sojusznikami i partnerami w NATO i UE. Politykę międzynarodową trzeba widzieć wieloaspektowo, pragmatycznie. Powinna realizować długofalowe interesy narodowe
i cele strategiczne w perspektywie kolejnych dekad. Tracić zaufanie międzynarodowe jest łatwo, ale odbudowywać trudno. Świadczą o tym relacje z Niemcami i Francją. Bezpieczeństwo narodowe to nie jest tylko kwestia militarna. To sieć różnych powiązań i wpływów, w tym politycznych, gospodarczych, kulturowo-społecznych, które powinny zapewnić państwu stabilizację i rozwój. I tego staramy się uczyć studentów bezpieczeństwa narodowego na UWM.

Lech Kryszałowicz

Prof. dr hab. inż. Dariusz Kozerawski ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu i Uniwersytet Wrocławski. Tytuł profesorski uzyskał w 2013 r. Jest też absolwentem Studiów Podyplomowych Executive Master of Business Administration w BCC w Warszawie i NATO Defence College w Rzymie. W l. 2008-2013 kierował Katedrą Strategii i Geostrategii Akademii Obrony Narodowej w Warszawie. Prorektor, a następnie p.o. rektora-komendanta AON w l. 2014-2016. Członek Rady Naukowo-Przemysłowej przy MON, zasiadał w Radzie Naukowej Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia. Aktywny uczestnik prac Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) oraz Konferencji Rektorów Uczelni Warszawskich - KRUW. Członek Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Prof. Dariusz Kozerawski prowadził m.in. seminaria i kursy strategiczne dotyczące bezpieczeństwa międzynarodowego w Parlamencie Europejskim. Uczestniczył w pracach i szkoleniach Kwatery Głównej NATO, SHAPE, Sztabu Wojskowego UE, centrów badawczych Komisji Europejskiej i akademii obrony narodowej w Bagdadzie, Omanie, Jordanii i Kijowie. Specjalizuje się w zakresie: strategii bezpieczeństwa narodowego, bezpieczeństwa międzynarodowego oraz historii wojskowości. Autor i współautor ponad 200 publikacji krajowych i zagranicznych. Brał udział w międzynarodowych wojskowych działaniach pokojowych, stabilizacyjnych i ćwiczeniach m.in. w: Afganistanie, Bośni i Hercegowinie, Iraku, Mołdawii i Jordanii. Ma status weterana operacji poza granicami kraju.